Wychodzimy z Myszą na obiad do Babci. Mycha, jak zawsze ociąga się przy ubieraniu. Wreszcie okazuje się, że trzyma coś w zaciśniętej piąstce. Tatuś usłużnie przejmuje ten skarb na czas założenia butów. Wszystko to dzieje się, gdy jestem w łazience - bo ja też się ociągam przy wychodzeniu:-)). Po chwili wyglądam i proszę Menża o podanie czegoś:
- Misiuru, podaj mi prosze z pokoju...
- Nie moge, jestem zajęty.
- Zajęty? przecież stoisz...?
- Trzymam Magdzie...
- Co trzymasz?
- No nie wiem, takie mi dala...
Tu moja ciekawość znacznie wzrosła, ale nic to, kończę szykowanie i wychodzimy. Już na dworze, Mysza podaje mi ręke, jak zwykle, jednak dalej zaciśniętą w piąstkę.
- Co tam masz Kochanie? - nie mogę już dłużej wytrzymać. Mycha otwiera rączkę i co widzę?! Dwa żałosne cekinki. Żałosne - bo ich świetność i uroda dawno już przeminęły... Jeden z nich został poprzedniego dnia znaleziony na spacerze i jako bezcenny skarb zabrany do domu. Ze sporą niechęcią zgodziłam się na to, widząc jakie to niezwykle ważne dla córci.
-A po co Ci to?
Z wielkim namaszczeniem Młoda Dama rzecze:
- To biżuter! Jak dziewczyny wychodzą z domu, to biorą biżuter!
Szybko przełknęłam śline i z pewnym zażenowaniem odnotowałam, że nie mam dziś na sobie żadnego BIŻUTERU.... ups...